Lagom to szwedzkie słowo, które trudno oddać jednym polskim odpowiednikiem. Znaczy mniej więcej „w sam raz” — nie za mało, nie za dużo. Tyle, ile trzeba.
To słowo dobrze opisuje sposób, w jaki myślę o architekturze. Nie chodzi o minimalizm dla samego minimalizmu ani o przepych, który ma robić wrażenie. Chodzi o właściwą miarę — tyle przestrzeni, światła, materiału i formy, ile dana sytuacja naprawdę potrzebuje.
Projektuję na styku estetyki i funkcji, bo jedno bez drugiego nie ma większego sensu. Piękny dom, w którym źle się mieszka, jest nieudany — tak samo jak wygodny, ale pozbawiony charakteru. Dobra przestrzeń godzi te dwie rzeczy tak, że się tego nie zauważa, bo po prostu działa.
Prowadzę projekt od pierwszego szkicu po ostatni detal — od koncepcji, przez projekt budowlany, po dokumentację wykonawczą. Zależy mi, żeby to, co powstaje na papierze, przetrwało zderzenie z placem budowy i z latami codziennego życia.
Projektuję rzeczy, które mają sens.

